Wednesday, July 4, 2018

Autodafe 2 (8)



36

Zielone Świątki, ulewa – Robert Lewandowski z żoną
wchodzą do kościoła, w którym żarliwie zapragnęli te-
go dnia ochrzcić dziecko. Zjawiający się na wezwanie
Bóg gra w kości nad ciałem małego Lewandowskiego,
ten zaś wynurza główkę znad koronki jak konik polny
przyparty do trawy rozciągniętym podkoszulkiem. Le-
wy trzyma w ręku Zolę, okrutnie stare wydanie Ataku
na młyn. Czyja gwiazda nad nami świeci? – nie przes-
taje dociekać Anna: połączonych księstw, rozdrobnio-
nych zwłok? Dla przykładu ja: jestem spod znaku lwa,

37

lecz czy spod znaku zwierzęcia, czy może raczej: padli-
ny? Całe swoje życie nawykłem zakładać to drugie, py-
tałem także matki rodzonej w znaku barana i – założyła
podobnie. Boże, jak bardzo się dziwię, kiedy spotykam
zakony, w których znajduję pannę albo znajduję wodni-
ka. A jak bardzo się dziwię, gdy przejrzę nekrofila, lecz
ten przyznaje: jest wagą. Wrażliwość nekrotyczna zwie-
rzęcych znaków zodiaku to temat godny Prousta, a jaka
to wielka szkoda, że Conrad był tylko strzelcem, a Eliot
jedynie wagą. Dziś jest już na wszystko za późno: piszę

38

Autodafe jak męską Emanuelle i zwycięża mnie, zdolne-
go niewolnika astrologia pana. To na co mogę liczyć, to
gol Maradony zwany ręką Boga, raz na jakiś czas: strze-
lony z praliteracką jeszcze wadą wzroku na: oszronioną
bramkę. A może piszę książkę dla Marsjan? Może i Bo-
że w marsjańskim Empiku ta łza znad planety – spalenie
biblioteki aleksandryjskiej mojego serca. A na posadzkę
zapustnej sceny fokstrot walentynkowy, nogi bose w po-
pleśniałym cebrzyku nieba. Nie wiem, wiem jednak, że
poemat jest kobietą, a jednym jedynie wersem nie zmie-

39

rzę wysokości dna macicy. Ot i skalisty fundament, po
którym ześlizguje się moje zamglone i nieprzejednane,
aby rozbić się o antabę – w zabajone, nieprzejebane. W
polu szaleje Wołos, czytelniku, dopada pisarki, pisarzy,
ogłupia i hipnotyzuje, całkowicie uodparnia na ból. Na
Facebooku znajdujesz przypadkiem nagie zdjęcie Karo-
la Samsela i jego córki przytulonych do siebie i czytają-
cych satyrę, Księżycowy pierścień. Białe konie rżą, Le-
wandowscy wybiegają z kościoła, Robert prorokuje, je-
go syn przez chwilkę bawi się różanym szkieletem, ale

40

znudzony i tak wyrzuca go razem z chlebem: z wózeczka.
Zmartwychwstań, zmartwychwstań, Panie. Nie, Zosia nie
bawi się moim penisem. Lecz za to interesuje ją bardzo si-
wy cień na moim brzuchu. A to intencja twórcza – spokoj-
nie tłumaczę córce – to kameleonowy naszept magnetofo-
nowy mojego ciała, pluskwa Muz, która chce uchodzić za
bliznę. Zosia nie rozumie. Cytuje Mocarskiego: „chciałem
żeby moje wiersze kopiowały moralność niezabudek i fioł-
ków”. „Nikogo nie obchodzą moje czeremchy” – odpowia-
dam jej tym samym Mocarskim. I wtedy kula ognia wypeł-

                *

nia moją córkę
i trawi mnie na

popiół.

4.07.2018

1 comment:

Anonymous said...

To jest niezwykłe.