Friday, August 15, 2008

Rabbi cz. 3


Mordechaj zobaczył mnie dopiero rankiem, kiedy wrócił z nocnej zmiany. Zastanowiło go, czemu zakładam do śniadania jarmułkę. Był wściekły, gdy ujrzał ślady bicia, a ja przez cały ten czas wyrzucałem sobie, czemu, na miłość Jahwe, nie wymyłem wcześniej głowy z krwi. Wydawało mi się, że miałem czas, że mój brat przed kolejnym wezwaniem do fabryki znowu spędzi dzień z Agatą. Stało się inaczej i teraz musiałem słuchać, jak miota się w bezradności po tej naszej klitce i rzuca w niebo krwiożercze obietnice. Najpierw przyrzekał, że zaatakuje Tomasza, potem solennie obiecywał podpalenie domu Abimelka. Wyobrażałem sobie płomienie trawiące niebieską suknię Rebeki, ich delikatne firanki z krepy pożerane przez ogień i ogarniał mnie jakiś niewysłowiony smutek. Całe życie wierzyłem w nieśmiertelność rabbiego, wieczne dziewictwo jego żony i teraz – myśląc o słowach Mordechaja – widziałem zwęglone szczątki ich ciał w przedpokoju. Na jeden przerażający moment zobaczyłem śmierć dwóch największych bóstw dzieciństwa.

Obłaskawiłem brata. Cały drżał, tłumaczyłem, że nie ma sensu, że zasłużyłem. Chciałem go odsunąć od niegodziwych myśli, jakby w obawie, że moja wizja sprzed chwili mogłaby się urzeczywistnić. On, teraz z kolei, po etapie irytacji i bezsilności, bał się konsekwencji. Był przerażony możliwością wyklęcia z komuny, na moment zbliżył głowę do moich kolan i mimowolnie położył ją, jakby żebrząc o coś ważnego. Dopiero jakieś kilka minut później wybełkotał, czy nie byłbym zdolny... Zdolny do gestu samouniżenia. Jego oczy w kolorze płyt nagrobnych powoli zanurzały się w moją twarz, pożerały każde wgłębienie skóry na posiniaczonym policzku. Było w tym wiele desperackiej brutalności – Mordechaj wzrokiem rozrywał zakrzepłą od wczoraj tkankę, wnikał w rozbity naskórek, masował niewidzialnymi promieniami fakturę zsuniętej źrenicy.

Poprosił mnie o publiczny udział w ablucji. Jutro. W miejskiej bożnicy. Otworzyłem usta, chcąc zaprotestować i wtedy spojrzałem za okno. Trwał właśnie spęd koni na jedno z pobliskich targowisk. W mgnieniu oka zerwał się silny wiatr, a jedno ze zwierząt straciło równowagę. Uderzyło w akację i oparło się na tylnych kończynach. Jak ogłuszone zaczęło przewracać łbem, być może przeczuwało, że gdzieś tam czeka je ostatnia droga - przed drzwi obory, która na potrzeby sytuacji posłuży jako masarnia. Słońce, przedzierające się przez ulistnione gałęzie, wkradało się w zarys podłużnej, końskiej czaszki, uwypuklało ostrość jej metalicznych rysów i obnażoną spiczastość uszu. Otoczone pasmem światła jak aureolą, zwierzę bohatersko podniosło się w końcu na dźwięk uderzeń któregoś ze stalowych prętów o ziemię.

Powstanie konia z ubitego piasku przez moment wyglądało jak ekstaza mistyczna ze świętego obrazka, który widziałem dawno w dzieciństwie. Na spłowiałej ilustracji rabin z twarzą zakrytą Torą jak szczelną, papierową maską, stąpa po posadzce ołtarza na samych czubkach sandałów. Pamiętam ich barwę – lekko śliwkowa, tak jakby stopy były aż tak posiniaczone od pokuty, że przebarwiały krwią obuwie.

Zacząłem myśleć o mesjaszu. Tym sprowadzonym z kosmosu. Przez chrześcijan. Czym jego strach różnił się od strachu konia osaczonego przez dwójkę ludzkich samozwańców, łowców, chcących z przyrodzonej skłonności do odczuwania głodu pochłonąć ciało zwierzęcia? I czy warto czcić Tego, który Jest, jeśli to konie właśnie dźwigają arki przymierza? Bez nich przecież te małe składnice cudów i przemienień runęłyby na ziemię i zatonęły pod zwałami błota.

Zgodziłem się na spełnienie prośby Mordechaja. Nie z wyrachowania. Z pragnień. Ucieszył się tak bardzo, że aż poczęstował mnie winogronami, które nazrywał wczoraj z winnicy Krugerów na ich specjalną prośbę. Miały gorzki smak i przebarwienia, które powodowały, że oczy zaciskały się z poczucia silnego wstrętu. Nie powiedziałem Mordechajowi, że go oszukali, że znowu urządzili sobie zabawę z jego naiwności. Wiedziałem, że jutro wszyscy za to zapłacą, za mnie, za Mordechaja, za Nastkę i za wielu innych. Krugerowie, Tomasz, Abimelek. Nawet Rebeka, piękna bogini o ustach biblijnej Rut. Ta ablucja oczyści całe miasto, a wtedy wszyscy umrą jak ćmy, które zbyt pochopnie zbliżyły się do wiecznego ognia świeczników.

Brat obiecał, że pójdzie błagać Abimelka o miłosierdzie. Ja miałem odwiedzić Rebekę z prośbą o przekonanie jej męża. Miałem wyznać wszystko. Od wydarzenia, które rozpoczęło moje potępienie. Mordechaj mimowolnie przypomniał mi tamtą jesień. Cielesne zbliżenie z Nastką w parku za synagogą, niedowierzanie rabbiego, który nakrył swojego ukochanego ucznia na oddawaniu się gojce. Przekleństwa, groźby i szczere rozżalenie w głosie nauczyciela, poprzedzone czymś, co mogłoby być echem nadchodzących torsji. Najpotworniejszy moment życia, w którym stanąłem nagi i skażony przed kapłanem, który chciał mnie uczynić akolitą. I te słowa twarde jak kamieniejące muszle, słowa Abimelka wyrzucane z kawałkami śliny i skóry obgryzanej z warg, święte słowa Księgi Rodzaju, które uśmiercały na miejscu: “A wtedy otworzyły się im obojgu oczy i poznali że są nadzy”. Abimelek nie powiedział niczego więcej. Zanim odszedł, rzucił swój chałat na zaczerwienione ciało Nastki, każąc dziewczynie się okryć.

To prawda, chciałem wtedy umrzeć. Próbowałem się zagłodzić, wbrew lamentom i nawoływaniom Mordechaja nie przyjmowałem pokarmów. Pierwszego dnia Chanuki po rozebraniu się z ubrań stanąłem przed wejściem do bożnicy. Palenie świec miało rozpocząć się za dwie godziny. Zbierało się na śnieżycę, wiał zimny wiatr z zachodu. Powoli zaczęło zasypywać wejście do świątyni. Liście przymarznięte do drzew przypominały kształtem bożków, którzy za późno zstąpili na ziemię i musieli bezwolnie poddać się obleczeniu w chitynowy pancerz ze szronu i stygmaty z lodu.

Nie wykorzystałem wtedy arszeniku, który trzymałem w lewej ręce, na wysokości brzucha. Flakonik, kupiony z niemałym trudem na rynku, rozbił się o posadzkę synagogi. Założyłem spodnie i mundur, uciekłem jak tchórz, gubiąc po drodze resztki zaplanowanej śmierci. Jak szczenię...

Mordechaj wyszedł do Abimelka o wpół do drugiej po południu. Miałem czekać pół godziny i zacząć delikatnie nastawać na Rebekę. Czas mija szybko, gdy myśli się o spotkaniu z kobietą, która prześladuje mężczyzn w snach. Zastanawiałem się nad szczegółami jej ubrania, nad całym koronkarskim sznytem, który opisze jej ciało, gdy ją zobaczę. Czas linii i zakrzywień, spływów i zawirowań – on nadchodził. Podróż do Rebeki. Pielgrzymka w Rebece. Szlak z Rebeką. Kiedy wybiła czternasta, przezwyciężając lekkie zawroty głowy, wstałem z klęczek...

1 comment:

Habibi said...

Ciąg dalszy nastąpi? Miejmy nadzieję :)

A tak nawiasem mówiąc, to pod koniec czytania naszła mnie myśl, co Cię skłoniło do podjęcia takiej a nie innej tematyki. I w sumie to ciekawa sprawa jeśli chodzi o każdy Twój wiersz. Muszę powiedzieć, że "Ne me quitte pas" dotarł do mnie bardziej jak posłuchałam tej piosenki. I swoją drogą polecam przeróbkę Brela w wykonaniu Michała Bajora :)

Się rozpisałam ;)

Pozdrowienia :)