Saturday, March 27, 2010

Na ożywienie zmarłej matki


Parę słów o czułości, niewiele, ślepy traf,
białym szlakiem odbarwień, ziemią tęcz i śniegu,
zakrył wszystkim ramiona, a potem cień ze szkła
obiecał, że nikogo nie zbraknie u brzegów.

Ale łódź się zatrzęsła, camera obscura
wypadła z rąk mateczce, splątując się z płaszczem,
popłynęła pokornie jak krew z ran po kulach,
na samo dno przypadku mateczka-drobiażdżek.

Choć słońce całopalne nie świeci już w jej tiul,
a ogary nie pomkną, by strzec jej portretu,
na przedmieściach tej skóry mały oszust, ból,
rozbije wnet namioty bogów z Nazaretu.

Parę słów o czułości, choć trochę, głuchy płacz,
matuchna będzie nimfą albo anielicą,
w strugach wody i ciała obmyje moją twarz
nad zbiornikiem, którego nie spalą ni spłycą.

27.03.2010r.

Saturday, February 27, 2010

Sonata petersburska


w cerkwi kosmy i damiana
stara petra wołodkinowa
(kobieta o rękach samobójcy
i ustach rosyjskiej tancerki)
z ikoną matki opiekuńczej
wsuniętą w rozdarty szynel
opłakuje swojego małżonka.

ciało dymitra jest już rozdzielone
na wiele promieni i stężeń.
biodra dymitra przypominają lato
w sankt-petersburgu (trudno w to
uwierzyć, ale wciąż są w nim
te wszystkie apteki oddalone
od newy na długość lekarstwa).

petra zmęczyła się długim grzebaniem:
marzy o dalekich wyspach sachalinu
i o mężczyźnie (piersi jak dwie hostie
rozpuszczone w krzyżmo), o którym
będzie mówić adonai intonując ruskie
hosanna. który nie umrze od razu
ani z pierwszym porażeniem wiatru.

dusza dymitra jest już oddana
rzece zdrajców i oskarżycieli.
głowa dymitra myśli o aktorkach
z teatru maryjskiego (jak wdzięcznie
tańczyłyby w wodzie przejrzałe niczym
liście herbaty lub kłącza serpentyny).
o śmierci, tak bardzo niefrasobliwa.

módlmy się za petrę,
gdy nicość ją pochłania
czarnym dymem korzenia
kosteczka po kosteczce.

módlmy się za dymitra,
gdy zaczyna płakać
z nogami splątanymi
trawą apokryfów.

27.02.2010r.

Słowo do Edypa


opowiedz nam o tym
nad czym tracisz kontrolę
i o tym do którego
mówisz asperges me

zdradź jak każdego dnia
zasłaniasz dłońmi okna
i kradniesz matce ciało
tkanina za tkaniną

wyobraź sobie chłopca
galopującego na koniu
który lewą ręką przyciska
do boku modlitewnik

kiedyś zatrzyma się
pod twoim domem
i krzyknie że przybył
bo musi cię ukarać

przypomnij sobie helenę
trojańską lub którąś z kobiet
z filmów viscontiego
ją przekonaj o niewinności

oczywiście twoja krew
przewyższy naszą krew
razem z twoim bogiem
my z dala i na deszczu

luty 2010r.

Saturday, January 30, 2010

Wołyń - porwanie Sabinek


nie należałyśmy do pokolenia
potomstwo nasze lżejsze od eteru
tym bardziej się cieszymy że tutaj dotarłeś
że pełen nadziei czytasz tę linijkę

słowo się czerwieni prawie tak jak łono
i nie ma różnicy między śmiercią znaku
a śmiercią oznaki tak było zawsze
naturą rzeczy życie w dormitoriach

chciałybyśmy prosić abyś nas pokochał
kiedy na planetach zabraknie już kochanek
chciałybyśmy prosić abyś nam przebaczył
jeśli nas zabiją zbyt mocno lub na zawsze

30.01.2010r.

Monday, January 18, 2010

Empire State Building


widzisz, jaki śliski materiał, córeczko?
założę się, że nosi się go jak powłokę.
albo jak zapach mszy, rozdarty między
spódnicą a futrem baranków pańskich.

no ale przejdźmy do sedna sprawy.
doskonale wiemy, po co tu przyszłaś.
będę mówić wieloma językami i proszę,
byś mnie zabiła tym oto mauserem.

moje ciało nie zasługuje na zesłanie
do chłodni, córeczko. przenieś mnie
zatem do szpitalnej jadalni i postaw
krzyż z gazet lub z piszczeli. szybko.

uwiniemy się z tym w pięć dni.
kiedy przyjdzie mesjasz, nie włączaj
muzyki, powiedz, że mama pojechała
znaleźć broń i trochę ciepłych kwiatów.

że pozdrawia z kościoła na przedmieściu.
że nim powie cokolwiek, mówi dobranoc.

Warszawa, 18.01.2010r.

Sunday, January 17, 2010

List do kusiciela


Zdzisławowi T. Łączkowskiemu

wydawało by się że nic
cię nie powstrzyma mon pere
i nawet karta tego wiersza
ukłoni się tobie z rozpaczą

i spójrz tylko na ten uśmiech losu
nie tak wszak bywa ze śmiercią papieru
przypomnij sobie jak płacze robotnica
w przędzalni którą właśnie detonują

nie faust nie był moim kuzynem
to tylko lichy dramat charakterów
nic nieznaczący z perspektywy tego
co w imię twoje czyniono mi na przekór

nie mam już czasu na rzeczy ciemne
wart będę tylko salw na pamiątkę
starzeję się jak rybak nie jak poeta
zostaną medaliki kupione na kalwarii

pora uśmiercić resztę uczynków
nim przyjdzie posucha i oczyszczenie
obyś miał rację że jak pisał błok
przetrwa mnie świat który stworzyłem

gdy kiedyś będę wołał o wodę
przysyp mnie studnią jakuba

16.01.2010r.

Wednesday, December 30, 2009

Na powtórne otwarcie getta


Noc przyszła, Abimelku, lecz ją rozstrzelali,
świat spłynął cyrylicą i zrodził się otwór,
jak w klapach marynarek lub w zejściu kotary,
gdy rozrywa materiał twarde bicie kotłów.

Czy można tu, mój mały, ukryć się gdziekolwiek -
- wsunąć się w tył monety lub w kawałek brzozy?
Lub pod rewersem wody nieść płuca jak stągwie
i wierzyć w wybudzenie z najkrwawszej hipnozy?

Podobno można umrzeć nawet w środku życia,
gdy ścigasz się jak z chartem i zaśniesz w bezruchu,
a wszyscy się zbiegają, płaczą nad rozbiciem
kruszywa zmartwiałego z nadmiaru odruchów.

No pomyśl, Abimelku, o małym miasteczku,
wielkością i rozmiarem na ciało skrojonym,
o twoim ciałku, chłopcze, z sercem na ryneczku
w kolczatkę potrzaskanym, bardzo oblężonym.

30.12.2009r.