Tuesday, May 1, 2018

Autodafe 2 (6)



Wędrujące jądro natury:
człowiek i jego włóczęga.

26

No nie daj się prosić i wyjaw – ktoś tę rzeźnię u-
króci? Jakiś Hjalmar Branting? Jakiś: nowy Car-
ducci? Czy raczej wyrośnie nam kobra: na stosie
laureatów pokojowego Nobla? Zgrzmoci się ma-
ły pasynek, aż mu wyrosną odnóżki. Zableszczy
ostatni raz astma i opuści cycuszki. Wybechtasz
mnie, Panie, wybechtasz, lecz ja – Cię rozchem-
bdam na krzyżu. Nadzieję serce pod zbroczę, na
które natrafię w pobliżu. Pawełku, czyś żyw jest,
ptaszynko, czyżeś już zabit na polach? Siniaczki

27

Brystygierowej przykryłem grzywkami z Podola
i pierzchły kamienne chmury tak, jak mrzypenis
z mrzydłoni – któż nas przed deszczem miesięcz-
nym tak sprawnie, jak penis osłoni? Mam Helgo
harfą dotknięta – najzdrowsze palce: na świecie.
Wiem harfo Helgą nietknięta – że wszedłem: na
(proszę, zoperuj mi serce pęsetką leszczynową)
palcach pod przeciek. I teraz jako spozieram, ta-
ko tonę w transwersji. Bachraty – belbiec-błano-
weic, Prosiaczek kontrowersji. I nie daj się pro-

28

sić, a wyjaw – ktoś tę masakrę ukróci? Czy jakiś
rzemiocha-naprawiacz, arcydebeściak miał: wró-
cić? Czy byłaś z nim umówiona na potajemność
spotkania i z jakąś Berthą von Suttner: przemno-
żyłaś starania? Czy, mówiąc krótko, mam liczyć
na broń jądrową zbawienia, czy raczej – po głod-
nym półśnie: wszamać galarty cierpienia? Paweł-
ku, kogutku, czy słyszysz? Mój wiersz nie będzie
miał końca. Przeżyje wszystko, co spotka: po tre-
panację słońca, by krzyknąć: „Hej – ludzie prości,

29

przed nami jest Jądro ciemności”. By – zwarknąć:
„hej – ludzie puści, przed nami jest silos w czeluś-
ci”. Raz jeden szczerze ujmę sprawę, imaginujcie
to sobie: prawa do Doliny Issy wykupuje Netflix,
a prawa do Kroniki wypadków miłosnych – HBO.
Matka rozkazuje swojemu dziecku jak tresowany
niedźwiedź, by wyłączyło telewizor. Dziecko od-
powiada matce jak tresowany tygrys. Ogłuszona
piorunem w trakcie długiej burzy cząsteczkowej
Robertsonowa umiera, a Talidomid: dosiada ust

30

zaskoczonego tą śmiercią czytelnika. Dalida z Tali-
tomidu w konstelacji Zmarszczki. I co, rozliczony?
Żydowskiej grupy Jung Wilne specjalne kapiszony
pomogły mi pozbyć się świrów spod literackiej za-
słony. Z czeskiej grupy Devětsil ostrza motylkowe
napędziły pietra Annie Achmatowej. Cóż: z polską
grupą Skamander? Ich działko atomowe roztarło w
puch nadzwyczajnie: trzy ławy podfundamentowe.
Czy wkrótce więc wrócę do domu – nie przebaczy-
wszy nikomu? Jak to pogodzę z ambicją o chirurgii

                *

ogromu?

1.05.2018

Saturday, April 28, 2018

Laudacja dla Daniela Madeja i Agaty Jabłońskiej



1

            Małą epokę Daniela Madeja cenię najbardziej za zastosowane w wierszach Autora ryzykowne, a wręcz kontrowersyjne spektrum obrazowania. Cały swój zbiór Madej zbudował bowiem na najbardziej wytartym, a poniekąd także skompromitowanym i grafomańskim w oczach początkujących autorów chwycie. Mowa o porównaniu i związanej z nim, zbanalizowanej zazwyczaj składni porównania. Niech za przykład posłuży w tym wypadku wiersz Warunki brzegowe, chociaż postawić w tym miejscu można by naprawdę dowolny tekst z Małej epoki. Podmiot liryczny Madeja, posługując się językiem uznawanym – jeżeli nie za zepsuty, to przynajmniej za niedoformowany, stwarza dla swoich porównań osobną architekturę, z będących pod ręką desek zbija sumiennie scenę, co z tego, że prowizoryczną? Istnieje bowiem tutaj nie tylko długotrwający, wiecznotrwały efekt porównania, lecz także – porównania imaginarium. Styl poetyckiego porównania wchłania język, którym Madej wydawał się dysponować na wejściu, i na wyjściu daje poetycką mowę napiętnowaną. Czytelnik zaś Małej epoki obcuje w ten sposób z czymś, co moglibyśmy nazwać „performance’em złego porównania”. Madej wie bowiem, że jakakolwiek regeneracja języka musi odbywać się poprzez jego zniekształcenie, zepsucie.
               I tak „dziewczętom o oczach błyszczących jak szprychy” odpowiadają w Warunkach brzegowych „usta jak gruzy”. Te same Madejowe usta zaś „mogłyby się spodziewać wszystkiego / jak pod obcym linkiem”. Idźmy zresztą dalej: w Pływach ponoć „słońce dotyka jak głowica stetoskopu”, w Sterowniku „pokojowi, ciasnemu jak fotobudka” odpowiadają „usta dziennikarki drobniutkie jak szlufka”, nad wszystkim natomiast unosi się „ja wbity w fotel, niby bila w łuzę”. W Akcji dla odmiany zamiast paralelizmu porównań mieć będziemy do czynienia z ich „spiętrowaniem”, amplifikacją, gdyż „autobus płynie / jak akwarium. Pęka naczynko w oku / suchym jak opis”. Zgrane, zużyte, może dlatego tylko implikujące grafomańskość porównanie staje się w ten oto sposób dla podmiotu lirycznego Madeja nowym narzędziem percepcji oraz apercepcji, a nawet – mówiąc językiem Edmunda Husserla – redukcji transcendentalnej. Porywająca w Małej epoce jest śmiała perspektywa, którą Madej zakreśla, czyniąc narzędziem subtelnej, metafizycznej rewizji, stopniowego „odczarowywania świata” tak spowszedniały, synonimizujący dziś raczej zły aniżeli dobry smak środek artystycznego wyrazu.
            A jest to zarazem mocno sprecyzowany, przez to dość osobisty (bo autorski) hołd dla tradycji poetyckiej liryki polskiej sprzed 1989 roku. Nie sposób o tym nie wspomnieć w tym miejscu i w tych szczególnych przecież okolicznościach uroczystego wręczenia 34. już Nagrody im. Kazimiery Iłłakowiczówny za najlepszy debiut poetycki roku 2017. To poeci poznańscy wszelako uczynili chwyt poetyckiego porównania subtelnym, ale i precyzyjnym narzędziem poznania i autoanalizy. Dość przypomnieć w tym miejscu głośny tom wierszy Wincentego Różańskiego, Dziecko idące jak włócznia śpiewało z 1970 roku. I podobnie jak u Różańskiego, autora dużo późniejszych Rąk Marii Magdaleny, u Madeja „wiersze chciałyby być / dotkliwe jak sankcje, a nie ledwie tkliwe / niczym niezłomny silniczek zabawki”.
To bardzo znamienne dla Małej epoki frazy i określenia. Niegdyś Michał Masłowski przekonywał, że Kordian Juliusza Słowackiego jest prima facie dramatem o alienacji czynu heroicznego. Utrzymywał, twardo obstawał za tym, że Słowacki projektuje przerażające uniwersum, w którym „działacz” pozostawiony zostaje bez swojego „działania”, że innymi słowami – „działanie” odosabnia się względem „działającego”, stając się wyłącznie nieokreślonym, niedającym się w żaden sposób skojarzyć z „działaczem” oparem abstrakcji. Dlaczego Kordian powrócił do mnie w trakcie lektury Małej epoki? Cóż, poetyka silnej słabości wypowiadających się u Madeja głosów lirycznych bardzo wydatnie skojarzyła mi się z silną słabością tak klasycznego przecież Kordiana. „Jesteśmy jak kopie rzucone w obieg / historii, gdy marzy się refresh, a jest ładowanie / broni” – tłumaczy Madej w wierszu Koło szczerbate, a wątki, które tutaj sugestywnie zainicjuje, powrócą jeszcze w Małej epoce z całą siłą – przy okazji wiersza Plagiat. W tomie urodzonego w 1989 roku poety bowiem chodzi nie tylko o alienację „małego człowieka” w historii, lecz także o alienację samego aktu tworzenia od twórcy. To właśnie on – akt wyznaczający granice materii całej twórczości – jest tu przecież niczym więcej ponad Madejowy „zabawki silniczek”.
Spośród obecnych dzisiaj na rynku literackim dykcji poetyckich Mała epoka najsilniej w moim przekonaniu koresponduje z poezją Łukasza Jarosza, w sposób szczególny z tomami Pełna krew z 2012 roku oraz Świat fizyczny z 2014 roku. Z Pełną krwią łączy Małą epokę pewien obserwacyjny namysł, a także coś, co można by nazwać szkołą literackich „studiów przedmiotu”. „Stuk, stuk, buduję świat. / Widziany z nadkola traktora, z baku motoru” – pisze Jarosz, a Madej poniekąd mu wtóruje, przenosząc nierzadko jego realistyczne doświadczenie percepcji w przestrzeń wirtualną, jak dzieje się to w puencie wiersza Lufcik: „Oglądam to ze streamu, / który co chwila przycina się / jak drzwi windy; aż do zamknięcia okna”. Łączy Madeja i Jarosza, Jarosza i Madeja ze sobą także realistyczna malarskość opisu codzienności tak widoczna w Małej epoce w wierszach takich, jak chociażby Synteza z otwierającym całość zdaniem: „Przestrzeń zasypana śniegiem i zalana słońcem / jak szklanka wrzątkiem”. Podczas gdy w wierszu Fresk z tomu Pełna krew podmiot Jarosza zeznaje: „Opada popiół i można podejść bliżej; / Obejrzeć wczepiony w eternit sopel, / sześciany styropianu na ciężarówce”, w wierszu [Interferencja] Madej deklaruje, a także sprawozdaje – ustami swojego podmiotu: „chcę jadać z celnikami / i palić papierosy, gdy słońce jak przerębel / pozwala łowić wzrokiem plastykowy plankton”.


2

Znacznie trudniej stosowny intertekst przyszłoby odnaleźć dla porażającego tomu Agaty Jabłońskiej, Raport wojenny. Można skądinąd skutecznie – jak mniemam – dowodzić, że wpisany w tę książkę, istotny dla niej dyptyk Nowosielski znakomicie „wyręcza się” rozkwitającą, wielobiegunową składnią podmiotów Eugeniusza Tkaczyszyna-Dyckiego, nie tylko z tomów wcześniejszych, może zwłaszcza z tomów ostatnich poety, takich jak Kochanka Norwida oraz Nie dam ci siebie w żadnej postaci. „Nowosielski” to zresztą dla zawsze ironicznej Jabłońskiej i „nowa sielskość”, i „nowosielstwo”, a więc rajski, przedustawny ład, niespełnialny w ziemskich światach mężczyzn i kobiet, nieustannie renegocjowanych małżeńskich paktów, nigdy niezdobywanego raz na zawsze terytorium, ład przedustawny, krótko mówiąc – bo pozamałżeński, a może raczej ponadmałżeński, skoro w zakończeniu dyptyku, poprzez „związek dwu dusz” poetka odwołuje się do platońskich snów o jedności z Uczty.
Gdy mowa o Tkaczyszynie-Dyckim, sedno całego porównania jednakowoż nie tkwi w samym Platonie, ale… w „nowosielstwie” Nowosielskiego. Jabłońska bowiem, bardzo podobnie do autora Piosenki o zależnościach i uzależnieniach, wykorzystuje charakterystycznie brzmiące nazwiska, zużytkowuje je w funkcji Plautowskich noms parlants (nazwisk mówiących), wokół owych noms parlants natomiast – wytwarza całą niezależną lirykę sytuacyjną. Staroświecki, anachroniczny gest Plauta, owszem, ale zhiperbolizowany, a przede wszystkim – „sperformowany” w specyficznym, niby to staropolskim performansie snutym transowo przez Dyckiego… I rzecz jasna – bezwzględnie nie wolno tu zapomnieć o Jerzym Nowosielskim, postaci „większej niż życie”, co całą grę językową Jabłońskiej nasyca nieoczekiwaną głębią i waloryzuje względem gier na nazwiskach, zazwyczaj peryferyjnych i półanonimowych, którymi „do utraty tchu” zagrywał i zagrywa się Dycki.
Przeprowadzona analiza porównawcza funkcjonować mogłaby w kontekście Raportu wojennego na prawach kosmicznego zupełnie wyjątku. Skoro wszelako zaistniała, stosowne jest prosić Autorkę o wybaczenie, jej tom bowiem – zasila szereg wybitnych, lecz także – manifestacyjnie niealuzyjnych zbiorów współczesnej młodej poezji… Wiersz nasycony to w Raporcie wojennym wiersz „wypłukany” z łatwej intertekstualności, a skoro „wypłukany” już został z łatwych, nazbyt metaliterackich skojarzeń, nie posiłkuje się łatwymi ich substytutami: szyfrem, anegdotą, reminiscencjami, widmowymi zapożyczeniami motywów, składni, struktury obrazowania. Wiersz Jabłońskiej jest nazbyt zintegrowany oraz sharmonizowany ze sobą, a chciałoby się wręcz rzec, że nazbyt samoświadomy, ażeby znosić dodatkowe semantyczne obciążenie, a nawet „stłumienie” (bo jako „stłumienie” to obciążenie się tu postrzega), czyli intertekstualność. Intertekstualność, pokusa ustalania korespondencji danego tekstu z innymi, takiegoż tekstu erudycyjne „rozpromienianie się” w tekstach innych – to bestia, którą należy trzymać na możliwie jak najkrótszym łańcuchu… Taka jest filozofia wiersza Jabłońskiej, niealuzyjność jest w tej filozofii wyznacznikiem żywotności całej konfesji lirycznej, nieintertekstualność zaś to warunek sine qua non wolności poetyckiej, tej wpisywanej w głęboko pojęty proces twórczy, proces, który mógłby być Bergsonowskim élan vital. Ta sama filozofia stwarzała przecież wiersz Tomasza Pułki. W ramach tak zakreślonych ram – metaliterackość, metaliteracka wrażliwość to może jeszcze nie balast, ale już niebezpieczny ciężar. Może łatwo ześlizgnąć się w pseudo-liryczny, zanieczyszczający strumień poetyckiej konfesji – snobizm.   
Nie dowodząc zatem niczego i niczego nie wmawiając, pozwolę sobie jedynie na konceptualne, o tyle kunsztowne, co ryzykowne, może w pewnej mierze niedyskretne, ale już z pewnością nienapastliwe – porównanie. Judyta z Księdza Marka Juliusza Słowackiego (tak, tak, znowu Słowacki), Żydówka-wojowniczka, ukształtowana na podobieństwo biblijnej Judyty, która – by ocalić Izrael – odcięła głowę swojemu kochankowi, wodzowi Nabuchodonozora, Holofernesowi to jedna z najsilniejszych oraz najgłębiej zrealizowanych figur kobiecych dojrzałego polskiego romantyzmu. Widziana z perspektywy mężczyzn dramatu, ograniczana jest do roli diabolicznego, pół kobiecego, a pół zwierzęcego fenomenu: nazywana „Żydowicą z rozpuszczonym włosem”, „cudotwornicą”, porównana zostaje ostatecznie do „dziewic w zamku Walhalli” z „miesiącem na piersiach”. Tym „miesiącem” jest na ciele Judyty martwe bądź dogorywające niemowlę „podwieszone” na kobiecie w charakterze „upiornego naszyjnika” – tak umarłe/umierające dziecko postrzegają mężczyźni u Słowackiego, którym to nie postałoby nawet w głowie, że niemowlę ulokowane zostało na ciele podpalającej lazaret Żydówki w pozycji macierzyńskiej: układzie karmienia, kołysania czy usypiania do ostatniego snu, jakim jest śmierć.
Wzmiankowana scena obrosła u Słowackiego wieloma kontrowersyjnymi interpretacjami. Dowodzono, że jest to kolejny prztyczek zadany Mickiewiczowi, bo i czego by mogło być to świadectwem, jeśli nie nawiązania do wyglądu wileńskiej Madonny – Matki Bożej Ostrobramskiej z łukiem księżyca na piersiach w miejscu, w którym powinno znajdować się święte Niemowlę, Jezus Chrystus… Nikt nie odczytywał sytuacji w kluczu tzw. motherhood studies. Nikt też tym bardziej nie orzekał, że Judyta umierające niemowlę umieszczała w pozycji karmiącej tak, ażeby służyć małemu w ostatniej posłudze: pocieszenia przed nadpływającą śmiercią. Pseudo-macierzyńska służba Żydówki dokonywała się w sposób bezgłośny: poza językiem, kulturą, słowem, poza jakimikolwiek werbalnymi albo i rozumowo-intelektualnymi środkami wyrazu – jakby w imię mantry Jabłońskiej z jej ostatniego w Raporcie… wiersza, Bajki w proszku: „święte jest ciało, ciało jest niezbędne”, wszak „to hermetyczny obieg, to ostrożne zasuwanie szuflad, powiek, nieustanny bałagan w środku”. A więc mamy, mamy to, na co nie zasłużyliśmy. Bliskość dziecka przy piersi, bo „ciało jest niezbędne”, a przecież i „ciepło” jest niezbędne, szczególnie: „ciepło” ciała matki, nawet kiedy względem innych występuje ona w roli anioła, posła Zagłady…
Jak czytamy w biuletynie Biura Literackiego wydanym z okazji premiery debiutanckiego tomu Jabłońskiej, „autorka od kilku lat wychowuje syna i zdradza, że odkąd została matką, bezustannie drąży ją głęboka fobia przed wojną”. Poetka zaznacza już własnymi słowami: „Od czasu kiedy jestem matką, prowadzę nieustanną wojnę ze społeczeństwem konsumpcyjnym, które różnymi drogami próbuje mi ukraść dziecko”. Trudno w takiej chwili zapomnieć o tak przeraźliwych wersach, jak te, które inkrustowały architekturę znakomitego, zdecydowanie najlepszego wiersza całego tomu Mówienie NIE. Instruktaż: „ośmiolatek zgwałcony / w szpitalu psychiatrycznym dzwoni do mamy i mówi: zrobili mi / krecika, zrobili mi krecika, rozumiesz? Człowiek szedłby zabijać, gdyby to mogło pomóc”. Wielkim, ukrytym oraz chyba (pomimo że podmiot potrafi się od niego dystansować) obsesyjnym tematem Raportu wojennego jest niejasne, tym bardziej przez to przerażające doświadczenie dzieciobójstwa, realizujące się w sposób zasadniczy w wierszach Jabłońskiej co najmniej dwukrotnie, poprzez figury historycznych rzezi niewiniątek: „zabijali dzieci wyższe niż koło wozu”, „zabijali dzieci mniejsze niż nogi łóżek” (Mówienie NIE. Instruktaż), a także „śmiech dziecka / na wysokiej gałęzi” (geodeci).
Jestem dość silnie przekonany, że jest w kobiecie Jabłońskiej, w jej personie lirycznej, ludzkiej wilczycy, w obecnych w Raporcie wojennym figurach egzystencji, a także figurach kreacji – wiele z Judyty Słowackiego. Czasem wilczyca Jabłońskiej wypowiada się poniekąd sarkastycznie językiem apokaliptycznej Niewiasty, jak w wierszu Lieben Frauen: „wszystko […] czekało na ukoronowanie, gwiazdy / i półksiężyc. Sama, jak serpentyna światła // nie miałaś pęknięć”. To stylizacja Judyty. Przy innej okazji – udziela się jej siła, posłannictwo, „emisariuszostwo”, żądza wielkiej walki o pokój (bo w Raporcie wojennym walka o pokój to nie cnota, to – namiętność o najwyższej możliwej temperaturze). I tak „tunelem powietrznym” z wiersza Papieżyca, tym, którego nie zauważają, nie chcą albo też nie są w stanie zauważyć „zalani w trupa bedekerowie”, właściwie błogosławioną szczeliną wszystkich krwawych, wojennych historii do innego (bodaj czy nie lepszego?) świata waleczna „papieżyca” Jabłońskiej „wysyła cuchnące naftą gołębie”. Klasyczny gest Judyty, klasyczna Judyty chytrość oraz spryt, na poły zwierzęce, a na poły boskie, wzbudzone w sytuacjach całkowitej, nieludzkiej grozy – mógłbym powiedzieć ja, przeniknięty również innym niż ta XXI-wieczna modelem literatury. Nie miałbym jednak złudzeń…
To wszystko oczywiście – to tylko koincydencja, nie mam co do tego wątpliwości, jednak, co chcę jasno zadeklarować – uderzająca koincydencja ma dla mnie nierzadko większy ciężar gatunkowy od realnego podobieństwa. Uderzająca i nieurojona. Rzetelnie, do samego końca – wyobrażona. A można ją potęgować dalej… Czyż Judyta nie mogłaby stać się „lustrzaną siostrą” Agaty Jabłońskiej podobnie, jak Gimel z wiersza Papieżyca? Szczególnie, że „gimel” (zbieżność przecież w tym tekście do bólu celowa) to przecież trzecia litera alfabetu semickiego, a Judyta jest Żydówką? Czyż Daniel Madej nie jest Kordianem świata ponowoczesnego, czyż alienacja języka, pisania, czynu twórczego, tworzywa i stwarzania/tworzenia jest czymś gorszym, pośledniejszym, ustępującym alienacji czynu heroicznego?

fot. K. I. Zioła

*

Wybaczcie Państwo, wybaczcie, świetni, najsłuszniej uhonorowani Autorzy – tę retrospektywę Waszym kosztem, kosztem Waszych tekstów i Waszej, droga Publiczności, uwagi. Może to jedna z niewielu okazji, by dowieść, że ciągłość form kulturalnych, ciągłość form literackich jest – i jest ciągłością negatywną, ciągłością tragiczną. Że nie żyjemy w rozszczelnionej, rozpowietrzonej epoce radykalnych nieciągłości. Że pozlewały się w naszych warsztatach – niedające się bynajmniej do siebie sprowadzić – ciągłość i nieciągłość. Precyzyjniej ujmując: ciągłość negatywna i nieciągłość. Tak, zgoda, że jest to awers i rewers, ale – dwóch całkiem różnych monet...
   
Poznań, 24-27 kwietnia 2018 roku

Monday, April 23, 2018

Autodafe 2 (5)


21

Spuścili mnie, Panie, ku Tobie po rurze od strip-
tizu, abyś uchronić mnie raczył: od sromu z pół-
paraliżu. Spuścili mnie, Panie, ku Tobie, na gu-
mie elastomeru, przeniknąwszy, że lateks – nie
chybia Twojego celu. To prawda, wybiłem stąd
jojo, ścięło pięć główek róży… Lecz Ty mnieś
spalił na węgiel – na rusztach gównoburzy. To
prawda, wepchnąłem pięć cyfr w za suchą skó-
rę stulejki… Lecz Ty mnieś taranował mistycz-
nym czółnem Matejki. Tak mówią, słyszę: lżej

22

koniom, lżej koniom, bo baba z wozu, aś ostał-
sia na bobach mój pognębiony rozum. Tak mó-
wią: my rządzim światem, nami rządzą kobiety,
a widzę baby jak z miazgi przesympatycznej ko-
mety. Dziś słońce, więc może byś dosiadł aksa-
mitnego konika, mój Panie z encyklopedii „De-
us et Astronautica”? Dziś dzień gorącokrwisty,
że chciałby zrajcować z napięcia; aborcja przy-
mocowana do główki niemowlęcia. Może więc
cały zaprzęg, kolor jak z szarabanu? Cyberważ-

23

niak z kosmosu, więc zwiózłby go i Šalamun?
W powietrzu rozmodlone, święte obrazy Wy-
szyńskich: przepływ światła wielkości pięciu
Panów Błyszczyńskich. Tu świgniesz okiem,
Ludwiczku, a tu spozierzesz ukradkiem – pa-
pierowe nieząbki w rozzębaconą kanapkę. I
choćby mi dali kamerkę z tysiącem skręco-
nych hurys, nie uniesie mi głowy ten chujek
niejadek – umysł. Choćby mi dali dwa razy,
a może by jeszcze więcej, nie, nie wystrzeli

24

mi w rękę ten gen Esterházy’ych, praserce.
Czy wiesz, że jest moim jądrem – prawdzi-
wym jądrem ciemności, polana celibatu na
brzegu lasów płodności? Czy wiesz, że jest
moim korytkiem, świętym korytkiem z Wa-
ikiki niespopielony wciąż wydział warszaw-
skiej polonistyki? (Kiedy wreszcie popełnię
samobójstwo, studiować na nim będzie mój
syn z porcelanową twarzą Worda i słabym,
półkrakelurowym zarostem Open Office’a).

25

Spuścili mnie, Panie, ku Tobie po tym zwąt-
lałym zaroście, w dole przyszykowawszy –
Twą asteniczną pościel… Spuścili mnie, Pa-
nie, ku Tobie we włochatym chaosie, głowa
nad dziuplą swetra zagrała i Tobie: na nosie.
I dworowała sobie, że gdzie te wszystkie to-
miki, gdzie wieczory autorskie, Boże łysy i
dziki? Gdzie morfem jak dwie korony, mój
Boże nieowłosiony? Gdzie fonem jak czło-
wiek z blizną, tęsknoto aż do hirsutyzmu?

                   *
                ×    ×
                   *

Cóż, że chyba urwałem welony z niejednej
błony, przybądź pomimo wszystko, ach! –  
zajdź mnie niewyrojony! I cóż, że zsiekłem
ojca pistoletami od Lema, czyż liście: tylko
w Warszawie, z kolei kwazary – w Emaus?

21-23.04.2018