Friday, May 17, 2019

Autodafe. Epilog (5)


W każdym bowiem ogniwie Komedii ludzkiej zdarzenia, fakty i ludzie
robią wrażenie opiłków dopóty bezładnie rozsypanych, dopóki nie zbierze
ich magnes jakiegoś nieoczekiwanego przypadku. I jeżeli prawdą jest, że
Komedia ludzka przypomina rozlewisko po odwilży, prawdą jest również,
że przychodzi chwila, gdy linia horyzontu okazuje się planowo uregulowanym

brzegiem olbrzymiej rzeki.

G. Herling-Grudziński, Realizm kierowany

1940

Chciałbym codziennie aż do końca podnosić się z euforycznym poczuciem, że
wstałem do cierpienia w literaturze i że to Eden. Potrafiłbym: sprawnie zapisać
wiersz o bezgrzesznym tytule: Majówka, który byłby kompetentną metaprezen-
tacją Azji Mniejszej świata rzeczywistego. Trafiłbym na Zaolzie poetów – nau-
czał o sowietyzacji przyrody, chleba, cebuli, kawałka cukru, głosił pseudosche-
matyzm i konwiwencjonizm. Chciałbym codziennie, aż do śmierci onanizować
się z radością – aż serafizowałbym jasność (jak nauczał błogosławiony Włodzi-
mierz Bolecki): i sperma sublimowałaby w parę wodną, a para wodna w olejek
leczniczy. Chciałbym codziennie aż do gwałtownej śmierci podnosić się do za-
sadniczych korekt bardzo ważnej dla mnie Konstytucji 4 maja, nazwanej (kilka

1941

lat temu) lekceważąco – „konstytucją dzienników pisanych mocą”. Cóż więcej,
przetrwałem recydywę analfabetyzmu, ale to nie uczyniło mnie Proustem – wi-
działem Nagajbaków uprawiających sodomię, jak mam zatem opowiadać o pol-
skiej stronie Guermantes, analizując bezczuły dowłok różowy od jarskiego jad-
ła wyfrontowany w moim kierunku? Moralnie dokuczliwe przeżywanie śmierci
Półtorackiego, Kazaneckiego, Danysza – czy to maź na czystej moralbiosferze?
Czy upuszczony kremogen w makaronowej homo-wszech-mozaice? W przeko-
naniu świętego Łukasza wychodziłem na łąkę za domem, szepcząc – „ciemnoś-
ci, wejdź we mnie” zawsze z tego samego powodu: naczytałem się Erica Alfre-
da Havelocka, zupełnie bezcelowo – i uważałem, że zło odsyła własną markize-

1942

tę bezpośrednio w kierunku człowieka. „Wiem, że narastająca degresja stylu w
Autodafe kiedyś mnie zabije” – wyjaśniałem bardzo cierpliwie Ewangeliście –
„zważ jednak, Ewangelisto: absolutyzacja stylu w Autodafe zabiłaby mnie już
dawno, nie serafizuj mnie, proszę. Wiem, że nie jesteś prostodusznym wartog-
łowem, i że >>uczyniwszy z żywych ludzi marionetki grające wyznaczone im
role, nie musiałbyś panować nad nimi jak Andrzejewski w Popiele, diamencie
(a więc jak inspicjent)<<; wiem do tego jako jeden z niewielu, że w Ewangelii
według świętego Łukasza znajduje się (znacznie…) więcej twórczego hazardu
i stwórczego hazardu – niż w Ewangelii według świętego Jana. Nielojalnie, bo
ufnie zdradzę Ci sekret: Jan jest bogiem komparatystów, a Ty jesteś moim Bo-

1943

giem, dla Ciebie przygotowuję alembik swojego ciała i swojej wiedzy. Nie se-
rafizuj mnie proszę. Jestem w raju, jestem Majówką w naczyniu i kasza, zwyk-
ła kasza z tłuszczem zaszyta w czapkę, klasyczny mikrofarad walczący z ogłu-
szającą eksplozją ciemności za oknem wystarczą mi za zanętę, bym szedł wol-
niej w porannej zorzy, bym szedł szybciej: w porannej zorzy, bym nie poszedł
w ogóle za poranną zorzą i umarł w domu – jako wybitny ślusarz – całkowitej:
desensualizacji. Risorgimento, Łukaszu, trzeba zawalczyć o Risorgimento, ale
tylko z pomocą tomistów i neotomistów, nie – lumpenmanichejskiego Autoda-
fe i lumpenmanichejczyka – takiego, jak ja. To nie jest piąty akt Mieszczanina
szlachcicem – tu nie stanie się nic, co Risorgimento mogłoby w jakikolwiek e-

1944

tyczny sposób zastępować. Nie serafizuj mnie, proszę. Na co mi, pijanemu od
ich krwi, łzy cieniów minionych: myślę o Zaolziu i puchnę niespokojnym, cie-
szyńskim powietrzem, które utrwalę w Majówce za pomocą i penisestów, i de-
leksykalizacji. Nie tłumaczyłem nikomu swoich uczynków – i nie wytłumaczę
nawet w Majówce! I niech Beckett w Polsce śmieje się z Becketta zatrzymane-
go na granicy mojego życia: postaci malarskie i spotniałe, Łukaszu – Mahomet,
Sziwa, Budda, Chrystus – wzywają nas tak do siebie, jakby wymawiały rzeczy-
wistość za pomocą wielkiego mineralogicznego atlasu. To Eden, zwany często
moralbiosferyczną Azją – świata rzeczywistego. To tu Jerzy Stuhr z Wodzireja
wyjaśni Ci, że nigdy nie stanie się Filipem Moszem, Jerzym Stuhrem z Amato-

                *

ra.
ra.
ra.

3.05-14.05.2019

Wednesday, May 1, 2019

Autodafe. Epilog (4)


Nie miała gdzie się umyć – wody ledwo wystarczało dla owiec –
i kiedy odczuwała zbyt wiele tłuszczu na skórze wychodziła tam,
gdzie wieje wiatr, aby wiatr i piasek odświeżyły ją i oczyściły swym

pędem.

A. Płatonow, Takyr, tłum. S. Pollak

2

Dlaczego nie postąpiłem jak Johann Valentin Sonnenschein w 1780 roku,
gdy stworzył Rezurekcję Marii Magdaleny pogrzebanej ze swym Dziecię-
ciem? Dlaczego wybrałem poetykę stosu, a nie: pokrzepiającej obietnicy:
„wszyscy zmartwychwstaniemy” – poetykę prywatnego Zmartwychwsta-
nia? Nic dziwnego, że pisałem Autodafe jak męską Emanuelle i nie posta-
ło mi w głowie, że nawet Emanuelle jest w stanie: sama, chrystofanicznie
powstać z grobu. A jeżeli Emanuelle nie płonie i – nawet grana przez Bar-
barę Herschey (amerykańską Annę Dymną) nie zatraci – ekwiwalentowo,
ekwiwalentologicznie – odpowiadającego sobie, bułhakowowskiego: roz-
miaru? To jednak stanę się polskim Sonnenscheinem – pomimo braku so-

3

nnenscheinowskiego tematu. Bo radość kobiet, które stały się pierwszymi
zwiastunkami wielkanocnej nowiny, może stać się również radością całej
złożonej z miazmatów Emanuelle. To radość o wielkim znaczeniu: jeżeli-
by nie było Mistrza i Małgorzaty, mogłaby stworzyć Mistrza i Emanuelle
w czasie krótszym niż 12 lat (a tyle lat zajęło Bułhakowowi – arcypisanie)
i zamknąć ludobójczą aktywność National Thowheeth Jama’ath, w tym tą
na Sri Lance. Opatrując wrzody wielbłądom poezji polskiej przełomu XX
i XXI wieku, nigdy nie przypuszczałem, że możliwe dzięki radości stanie
się aż doświadczalne gospodarstwo ogrodnicze, niewypaskudzone odcho-
dami chłodnymi jak pies, gwiazda: aż stanie się polskim Sonnenscheinem.

4

Na co mi łzy Symonidesowe, skoro mogłem mieć, i może jeszcze – mogę:
mieć łzy Sonnenscheina. Wodzirej jest jak morska fala, przychodzi – i od-
chodzi, cóż z tego, że mówią niektórzy: bałwan. To samo dotyczy zboczo-
nego wodzireja Autodafe, no chyba że ma za uszami – łzy Sonnenscheina:
to zmienia postać rzeczy i umożliwia przyjmowanie jego zboczeństwa po-
mimo niego, tak jakby rzeczywiście odpowiadał za rezurekcję Marii Mag-
daleny z Dziecięciem. „Piękne jest w Paryżu Notre Dame, / ale tutaj wszę-
dzie blisko nam, / a najbliżej mam do mojej dziewczyny, / którą wybrałem
wśród innych”, śpiewają mężczyźni i kobiety tworzący chór Feliksa Falka:
w jedenastej minucie Wodzireja. Załóżmy, że – chociaż przeminęli: subeg-

5

zyskują, reegzystują, istnieją w tzw. jednoczesności momentów, jak wybit-
nych stu siedemnastu pianistów grających Etiudę rewolucyjną Chopina: w
sto drugim ogniwie trzeciej części Autodafe, Jerozolimie słonecznej – Jero-
zolimie afrykańskiej perdurantystycznego Nairobi, które: nie istnieje. I nie
chodzi tu o to, że – kiedyś, gdzieś, poza czasem – przeprowadzono aborcję
Nairobi, ani że Nairobi nieskutecznie zwiastowano w jakimś przedziwnym
zwiastowaniu anielskim zamierzchłej Afryki. Desubstantywizacja w ogóle,
a więc również desubstantywizacja w aborcji – nie oznacza deontologizacji.
To, że spalisz wszystkie taśmy Wodzireja, Piłata i innych – nie oznacza, że
nie będziesz w stanie wyobrazić sobie Wodzireja z Emanuelle i bez Emanu-

                *

elle.

Mógłbym podpisać się pod myślami
Dżumal dotyczącymi Zarrin-Tadż?

Odsłoniła jej odzież i zobaczyła piersi, podobne do dwóch
ciemnych, nieżywych robaków, które wżarły się w głąb jej
klatki piersiowej – były to resztki sutek mlecznych, które ją

wykarmiły.

A. Płatonow, Takyr, tłum. S. Pollak

####

Wiedziałem, że są soki frazesu. Nie wiedziałem, że nie wolno ich warzyć w
bimber frazesu. Wiedziałem, że już od czasu narodzin w sierpniu 1986 roku
byłem martwy jak kamerton w karkówce: nie przypuszczałem, że karkówka
nigdy nie wypuści kamertonu w żadną obiektywną stronę stylu, a co gorsza:
że nie wypuści kamertonu w stronę Swanna. Mówię szczerze jak nigdy – w:
życiu bym nie pomyślał, że karkówki nie można zabić, ani: wyparować. Od
tego właśnie począwszy, należałoby swobodnie kontynuować – nie domyśli-
łem się, że bój z wiatrakami na Golgocie przybierze: na dramatyzmie, na tra-
gizmie i niesamowitości tak bardzo – gdy okaże się, że krzyż jest także wiat-
rakiem – że nie stanę się polskim Proustem. Powiedzcie mi, proszę, czy zda-

###

rzało się już w tej literaturze, by kandydat na Prousta stawał się lokalną Ema-
nuelle. Wiem, że mówimy dla przykładu „Odojewski to kresowy Proust”, ale
jak wyglądały Waterloo polskich kandydatów na Prousta? Czy były niespoty-
kanie zawstydzające? Czy były dla nich niezwykłym upokorzeniem? Być mo-
że mógłbym wiedzieć, co mnie czeka; jakie ma znaczenie to, co zaczynało się
od nauki rymów męskich, żeńskich z podręcznika Marii Nagajowej: Słowo za
słowem, a kończy depresją narcystyczną przy zimnej tak jak wodospad kawie
idolatrii. Byłbym całkiem niegroźnym złotniczeńkiem, zapluwającym się hek-
sametrem spondiakowym i krwią. Śmiałbym się zupełnym szampanem z tymi,
których zatapiano w doku pływającym aż po samą miazgę: polskiej anhedonii.

##

Mówiłbym sobie: przyjdzie jakiś Miłosz na nowy wiek? Nie przyjdzie – przyj-
dzie Chrystus i nam wszystko wybaczy. Mówiłbym także bez obaw: czy pow-
stanie jakiś Zniewolony umysł na nowy wiek? Nie powstanie. I czy będę Betą
lub Deltą, albo Gammą? Nie będę. Będę literackim Mikołajem Adamczakiem.
Zredukuję całą swoją apercepcyjną duszę do apercepcji Ewangelistów – jeżeli
umysł legitymuje całą swoją transcendentalną jedność apercepcji – Ewangelią,
kto śmie i jak śmie go nazwać – „nierozdziergnionym”? Mi tymczasem wyda-
je się, że suknia Emanuelle jest rozdziergniona: co najmniej od kolan: ku doło-
wi. Przedziwny efekt: półton koktajlowy gdzieś popod półton etniczny; spadł-
szy pod ciężar wiatraka. Ertantete Kunst – mówię ja, co miałem (wrażenie) że

#

Polska jest truizmem w czasie i ustokrotnia się w domyśle, ale Polska jedynie
naczytała się Symonidesa – czytała Symonidesa (uważnie) w noc okupacyjną,
stalinowską, jaruzelską, Bóg wie, jaką jeszcze i nie wie, co czytać za dnia. Wi-
si bezradnie nad Fedonem i wspomina z nostalgią Herlinga, który wykarmił ją
nieokreśloną homoiomerie, pisząc: nawet i tak – „jakaś narratorka postanowiła
pochylić się w pisarskiej zadumie nad łechtaczką. Jej rywalka zakasowała ją li-
teracką przymiarką do minetki. Włosi nauczyli się żyć ostatnio swoimi umarły-
mi pisarzami” i „z braku inwencji i inspiracji prezentują tomy lichutkich nowe-
lek o Dekalogu”. A co z moją homoiomerie? Moja własna homoiomerie jest w
karkówce. Herling by się uśmiechnął: „karkówka jest Twoim stróżem ciemnoś-

                *

ci”. „Moim stróżem z ciem-
ności”. Tak, przytaknąłbym.

18.04-1.05.2019

Autodafe. Epilog (3)



Literatura jest również zstąpieniem do piekieł,
także do tego, co Flaubert nazwał „latryną serca”.

C. Magris, Alfabety, tłum. J. Ugniewska

2

Biedny – myślałeś, że czytasz moje Exultet – myślałeś, że czytasz moje
łzy Symonidesowe, że smakujesz owoc mojego prawdziwego zwycięst-
wa, prawda? Myślałeś: pożywię się owocem pracy jego pszczelego roju.
Tymczasem nie jestem twórcą mitu Eleuzis – nie jestem nawet „twórcą”
mitu samego siebie – moja pseudo-Pascha w Ossolineum dobiegła właś-
nie końca i nie byłem niczym więcej niż orangutanem w ornacie – który
wstał, przeniknął skalne mury, powtarzając w obłąkaniu – „Miłosierdzie
Boże w duszy mojej, Miłosierdzie Boże w duszy mojej”. Mało brakowa-
łoby, a rzeczywiście zrozumiałbym – naturę boskiej chrystofanii nad Je-
ziorem Tyberiadzkim, ale aksakał zaklaskał piaskiem saksauły i przesta-

3

łem kontrolować swój rozum, uważając, że i tak – pomniki mnie przeży-
ją. „Gdy odejdę / spadnie na ziemię / dziewięcioramienna gwiazda” – pi-
sał Łączkowski w Ku wzgórzom planet. Niestety: nie spadła i przy mojej
śmierci też chyba nic nie spadnie. Nie rzucą się także na moje ciało (aby
je rozszarpać) Filostrates ani Empedokles z Agrygentu (naturalnie: moż-
na nie wierzyć z radości, tak jak i: można nie czytać Talmudu z radości),
nawet Gamaliel, najbardziej bułhakowowski z wnuków Hillela stających
się w końcu tannaitami, nie podniesie na mnie ręki – kto biłby osła ryczą-
cego z tęsknoty – aby ryczał jeszcze głośniej? To nie „morela”, co spuści
soki i odejdzie: spolegliwie, zapomniana w całej „rodzince”: różowatych.

4

Osioł: puści łzy Symonidesa, którymi zawezwie Boga na sprawiedliwość:
czy myślisz, że nie widziałem osłów walczących o Swoje – i aż do granic
autoanihilacji? W lustrze Jeziora Literatury Romantyzmu „dostrzegałem”
cyklon w Mozambiku, kiedy inni narcyzi nie opuszczali nawet – na krok
szklanych domów Morskiego okej: nie chcę z siebie robić męskiej Gauri
Lankesh, ale Gauri Lankesh też coś uformowało, nie wzięła się z powiet-
rza. Mnie uformowały minerały. Piję szczawę, naprawdę: różnego rodza-
ju, aby nie umrzeć, zbyt szybko. Uświadamiam sobie, że w uczuciu, któ-
rym obdarzyłem literaturę, ujawnił się cały mój nimfomański sposób by-
cia. Nimfomański i bezpretensjonalny: tak, jak zmartwychwstanie – noli

5

me tangere. Impatiens noli me tangere. Gdy nikt nie widzi i – gdy upada
Moskal, gdy upada Szwed, postarzały, a spuchnięty od nie-ałamanu: mój
umysł zaczyna się plątać w brodzie, ponieważ brak mi młodej ziemi: tak 
na pociechę. Wczepiwszy się w nią, zwilżałbym ziemię (1) chciwą śliną,
(2) świeżą spermą dzień po dniu. Dlatego muszę intensywnie pisać, stąd
wyobrażałem sobie wpierw hufce nieprzyjaciela – nie huwce znajomego:
jeżeli w ogóle można wybrać, lepiej by człowiek tracił nasienie – niż łzy
i jeżeli w ogóle może nim prawnie i artystycznie dysponować, lepiej aby
człowiek tracił nasienie Symonidesa, niż łzy Symonidesa – ani na niebie,
ani na ziemi nie ma takiego waru, kipiatoku, kawy, grzańca, amfetaminy

                *

idolatrii – co szuka: towarzystwa.
Gdy koci się jagnięciem: ciężkim
jak praosioł, koci się owca samot-

nie.

Mógłbym podpisać się pod słowami
Oda-Kary dotyczącymi Zarrin-Tadż?

Długo myślałem, kogo wziąć – trzy stare, zwykłe baby
czy dwie młode? Stare nie gryzą mięsa i łykają go dużo,
a młode jedzą mało, ale są niespokojne. Postanowiłem

wziąć młode.

A. Płatonow, Takyr, tłum. S. Pollak

4

Tak się tworzy historię, i jest to bardzo mozolne, banalne. Swędząca wy-
sypka powykręcanych pomysłów, które do końca nie tłumaczą swej reto-
rycznie wypozorowanej wspólnoty – ze Stoma tysiącami pieśni Milarepy:
brniesz w cierpieniu poprzez hańbę – bo co Ci innego pozostało – powrót
do śmierci od zmartwychwstania? Komenda policji na szczycie: Gór Kai-
lash nie odpowiada na Twój przynakastlik, co wcale nie oznacza, że: była
komórką komendy PKB albo nawet PKC PZPR. Musisz po prostu – pisać:
od śniadania do obiadu i od obiadu do kolacji, mieć pod dłonią: absolutnie
wszystko – od Crowleya po Łuczeńczyka, bo nie ma takiego boga – który
by Cię zawarł, nie przecinając – i roztarł to tłuste czoło wilgotnym szaleń-

3

stwem nie-śmierci? Mam swój glans. To glans pioruna nadziei, stalowego
nieba i skłębionych chmur, dlatego nie potrzebuję glansów innych, glansu
choroby psychicznej albo glansu samobójstwa. Jeśli wielkie Naddniestrze
można rzeczywiście nazwać „sierotą po Związku Radzieckim”, to, z Auto-
dafe przypominającym współczesną Besarabię, muszę być „sierotą po mu-
zułmańskiej magnaterii” (wyobraź sobie, że Śnieg Orhana Pamuka rozgry-
wa się na Kresach Rzeczpospolitej – wyobraź sobie, że Nazywam się Czer-
wień Orhana Pamuka toczy się powolnie – w środku powstania: Ostranicy,
Nalewajki albo Chmielnickiego, wystaw to sobie, że Biały zamek albo Mu-
zeum niewinności postaciuje się i przepostaciowuje się: w ciągu prywatnej

2

rozmowy Hitlera z Carlem Mannheimem, marszałkiem Finlandii przypomi-
nającym – współczesną Besarabię). „Historia sztuki poucza, że język poez-
ji to nie język zrozumiały, a tylko na wpół zrozumiały” – cierpliwie wyjaś-
nia Szkłowski i wystawia to tak, jakoby traktował o tajemnicy literackiego
Baranka: „tak np. dzicy często śpiewają swe pieśni: w języku archaicznym
bądź obcym – czasem tak dalece niezrozumiałym, że śpiewak: musi tłuma-
czyć i wyjaśniać chórowi i słuchaczom treść dopiero co ułożonej – pieśni”.
W domu pisarza XXI wieku nie mówi się: o materiach takich, jak – zmart-
wychpowstanie Chrystusa, nie mówi się jednak także i o materiach takich,
jak ludzka nekrofilia, skala mroku ignorancji, czy tchórzostwa, wydaje się

1

zatem ogromna. Nie rozświetlą jej łzy Symonidesowe. I nie prześwietli jej
nasienie Symonidesa. Nie rozświetli jej i gaz ziemny skroplony łzami – na-
sienie pisarza XXI wieku. Wszystko – cała dziedzina – będzie przynależeć
do takich, jak Mikołaj Adamczak. Sprawiedliwość zostanie zatem oddana
widzialnemu, muzycznemu światu: poco Adagio, quasi Andante: bez stuk-
niętych pytań pisarzy: a czy mogłoby istnieć quasi-adagio, i jakie warunki
powinna spełnić muzyka w ogóle, by zaistniało quasi-andante? Smutno je-
dynie na myśl, co stanie się z ludźmi, dla których całym życiem były Ksią-
żeczka o człowieku Ingardena, Filoktet Sofoklesa i Wszystkie lektury nado-
bowiązkowe Szymborskiej. Cóż dalej z nimi – i czy śmierć? Papaweryna?

                *

„Wzgórza planet”?

19-21.04.2019

Monday, April 29, 2019

Autodafe. Epilog (2)



Staliśmy się jako skrzypek, który przestał wyczuwać smyczek
i struny, przestaliśmy być artystami w codziennym życiu,
nie lubimy naszych domów i naszych strojów i bez żalów
rozstajemy się z życiem, które przestaliśmy wyczuwać.

W. Szkłowski, Wskrzeszenie słowa, tłum. F. Siedlecki

2

Przeszczep serca. Był mi potrzebny, bo to, co mówiłem o innych, stawa-
ło się dowodem schyłkowej niewydolności. Leżąc na stole operacyjnym,
regulując elektronicznie jego wysokość siłą erudycji, myślałem, że będę
polskim Louisem Washkansky’ym, i powstanę jak „transplantokształtny
Chrystus” z nowoczesnego stołu wielkanocnego swoich czasów. Tak na-
gi, jak bezwłosy (z ogoloną i porumieniałą klatką piersiową, z brzuchem
czystym jak lustro Archimedesa) powtarzałem sobie: „Krystian Lupa nie
mógł mieć racji, gdy mówił: >>wydaje się, że w obecnej miazdze samot-
ność artysty jest o wiele bardziej radykalna. Musi mieć odwagę na to, że
zostanie zupełnie zmiażdżony. W gruncie rzeczy ktoś taki, jak: Wyspiań-
  
3

ski byłby całkowicie rozdeptany, rozszarpany i wysadzony, poddany cał-
kowitemu piekłu. I żeby zwyciężyć, musiałby umieć to przyjąć<<”. Cóż,
to nie mogło być do mnie: bo ta rozkraczona ektoplazma w bagnie mojej
zbiorowej psychiki zwiastowała przez 3 lata jedynie transowe  manowce
i wśród tylu agresywnych, nacjonalistycznych retrostruktur – pozostawa-
łem tak tępy, jak Gołota w ringu. Na co mi łzy Symonidesowe, żadna ra-
da artystyczna nie poświęci mi minuty uwagi, żadna też rada dyscypliny
naukowej nie przyjrzy się bliżej mojemu projektowi czytania Lema – w
kluczu literatur postzależnościowych. Chciałbym odczytać tu na głos je-
den z fragmentów Ewangelii według świętego Łukasza, ale radość zwy-

4

cięskiej Paschy zaciera moje pole decyzji (szkoda, że nie zacierała wte-
dy, gdy podpinałem matkę: do krzesła elektrycznego). Z drugiej strony:
nie jestem w jakimś starym, milicyjnym przedszkolu, i radość zwycięs-
kiej Paschy nie może mnie pilnować na każdym (dosłownie – każdym)
kroku. Około dwustu wiader na godzinę, zatem na co mi łezki Symoni-
desowe, na co mi ciało Wojciecha Pszoniaka zdjęte z krzyża przez Da-
niela Olbrychskiego w Piłacie i innych (pożądanie rośnie we mnie jak
film, to w końcu polskie Ostatnie kuszenie Chrystusa, które gdyby nie
Bułhakow, bardzo przypominałoby dziełko Scorsesego, Jan Kreczmar
zaś – Łęcki z Lalki, Walter z Pasażerki – polskiego Davida Bowiego).

5

Bielały lessowym pyłem giezła soronczaków, jak powiedziałby René
Śliwowski o chwili, w której straciłem bezpowrotnie wszelki sens ży-
cia oraz wszelkie religijne quasi-intuicje. Flakowata zima nie zapowie
wiosny tak jak powinna i to naturalne, przyszedłem tu jednak po cech-
sztyńskie zlepieńce (bielały mrocznym jelitowym błogosławieństwem
giezła cechsztyńskich lepieńców), nie po jezioro świętokradzkie w gó-
rach świętokrzyskich: nie jestem nowym Kazimierzem Łyszczyńskim,
nie jestem jego ateofanem, ani nie jestem Indianą Jonesem; polskich a-
teistów. To, że nie pomogą mi łzy: Symonidesowe, nie znaczy – że nic
mi już nie jest w stanie pomóc. Sprzęt z Warszawy, akcesoria powiatu,

                *

żel do nosa, woda toaletowa „Reveal”,
książka Alexandra Baumgardtena, Ry-

cerskie
rzemiosło.
 
4

Ale paliłem jedynie śmierdzącym kiziakiem, zapraszałem zaś – w głąb
Autodafe tak, jakbym witał w progu sensownie zaszeregowanych szkó-
łek sosnowych. Czy wolno tak kłamać, gdy odmawia się łzom Symoni-
desa? Wolno, tak jak czytać Nauczycielkę na pustyni Płatonowa po raz
pierwszy w wieku 32 lat – rosyjskie dolce still nuovo zaskleiło się chy-
ba na moim ręku lepiej niż tłusty – sałtykowowsko-szczedrinowowski
aerozol na bicepsach tych, którzy czytali Płatonowa w wieku – 20 lat?
Więc może jestem rozkraczoną ektoplazmą, ale jeszcze nie – cytoplaz-
mą rozpapraną i rozdmuchaną po wszystkich bąbelkowych kierunkach
orgianizmu zwanego polską rusycystyką. To tak mało i tak dużo naraz.

3

Na co mi łzy Symonidesa, skoro nie myślę o tych, których już (ze mną)
nie ma: Zdzisławie Tadeuszu Łączkowskim, Krzysztofie Boczkowskim.
Czemu zazdrościłem Pawłowi Orłowi tego, że napotkał: na swej drodze
tak silną osobowość jak Henryka Berezę? Cały ja: śniący sny o potędze,
młody makiawelik – ze Spowiedzią w szkole świętych o. Maxa Huota de
Longchampa (przełożyła Agnieszka Kuryś) pod pachą; przetrącający: pi-
sarzom karki w zewie pochwytnie wołającym całego go do odnalezienia
swoich gór nad czarnym morzem Macha – taki Mach Jawelik: ekstranie-
wątpliwie zasłużył na to, aby zostać trawestacją biblijnej Zuzanny (więc
- - - - - - - - - - - - - - - depresja zwycięskiej Paschy - - - - - - - - - - - - - - -

                *

został).

2

I na co mi łzy Symonidesowe, skoro wiosna wybuchła na całego, popie-
ląc mnie aż do członka – i mogę zaczyszczony uczestniczyć wreszcie w
przedwiecznych liturgiach Święceń prezbiteriatu – skąd Litwini wracali.
Na co mi łzy, na co mi Pascha, krwawy wiersz Norwida przywoływany
przez samego Girarda w eseju – Dawna droga, którą kroczyli ludzie nie-
godziwi, który (pochłoń mnie, Panie, proszę, bo nie rozumiem – i nigdy
nie rozumiałem tego świata) cytują wierzący humaniści, składając sobie
wielkanocne życzenia. Nie jest to norwidologiczne – „jądro ciemności”?
Nie wiem w takim razie, co nim jest. A może – jak upierają się Najstarsi
norwidolodzy, „norwidystycznego >>Jądra ciemności<<” po prostu: nie

1

ma i mam wielkie szczęście: jestem jedynym murzynem na świecie up-
rawiającym świetlistą dyscyplinę. „My nie jesteśmy źli, i wy nie jesteś-
cie źli, ale trawy jest mało – ktoś musi umrzeć, a kto umiera, zawsze…
przeklina” – mówi do mnie Piotr Chlebowski z KUL-u: tak, jakby: mó-
wił do Marii Nikoforowny z opowiadania Płatonowa. Ale nie mówi do
Nikiforowny, dlatego nie-Nikiforowna: odpowiada mu, że nie rozumie,
kto tu ma zmartwychwstać, a kto zemrzeć pod czarczafem w Turkmenii.
Drogi ludzkiego losu są zawiłe, a w cieniu starej czynary dużo, napraw-
dę wiele Pasch kończy się tragicznie, dokładnie tak jak u Norwida (któ-
rego jednego nie wolno sobie życzyć bez całkowitego opamiętania, nie

                *

jesteśmy Dżafarbajami,

1)       nie recytujemy Fortepianu Szopena w glinianej kurganczy aułu,
2)       nie recytujemy Fortepianu Szopena w cyrku: Korona, Zalewski;

żyjemy między sobą).

19-20.04.2019