Tuesday, September 4, 2007

Dziecko karmiące matkę



Sonet.
Z cyklu: ZWIERCIADŁA


Te twoje październiki są coraz krzykliwsze,
podobno byłaś diwą, tak w szkole mówili,
dzisiaj czasami jęczysz, jakbyśmy nie żyli,
ale już umierali wciąż w tonacji wyższej.

Uschłaś jak gobeliny, tylko kolczyk krwawi,
przyniosłem trochę warzyw, bo rośliny krzepią,
jak ci nie wstyd, mamusiu, palce ci się lepią
od śliny twoich oczu, które chyłkiem łzawią.

Mogę krzyknąć tak szybko, nawet nie usłyszysz,
skorpiony w twoich ustach przestraszy mój dyszkant,
a właściwie dlaczego tak nie lubisz ciszy,

jestem obok w krawacie, twój ostatni amant,
mogę cię pocałować w wargi albo w krzyżyk,
wybieraj, proszę, teraz, komedia lub dramat.

4.09.2007r.

Sunday, September 2, 2007

Matka karmiąca dziecko


Sonet.

Z cyklu: ZWIERCIADŁA

Małe Kanaan w wózku pachnie świeżą skórą,
w ogrodzie koszą trawę, krople krwi ziołowej
spływają pod paznokcie, przynoszą odnowę
łaskawym oknom, złym drzwiom, śpiewanym klauzulom.

Wiruje ceramika gryziona przez wilki,
długi nóż do owoców smakuje mężczyzną,
którego przedramiona pokrywają blizny,
rebelie codzienności, życiowe pomyłki.

Pierś trochę grafitowa, jak u Mona Lisy,
bielutkie meteory spływają mi na brzuch,
z pokoju gościnnego słychać telewizor,

przesuwam dłoń niepewnie jak madonna wśród lwów,
syneczku, czy też słyszysz - nawet ptaki szydzą
z mojego bólu głowy i twoich głodnych snów.

28.08.2007-2.09.2007r.

Sunday, August 26, 2007

Axis mundi


Na wałach nad rzeką ktoś z czyjejś koszuli zrobił pochodnię. Gdzieniegdzie poniewierają się butelki i chusteczki higieniczne. Jest ósma wieczór, powoli zachodzi słońce. Zmrok zapada tak jak zwykle - czyli błyskawicznie. Te chmary komarów mogłyby sobie darować choć jedną noc. Żyjemy w czasach, w których nawet zwierzęta są hedonistami. Wróciłem pogryziony, dobrze, ze maść była na swoim miejscu. Czasami myślę, po co włóczę się jak otępiały po tym nadrzeczu. Odpowiedź jest jedna: można podyskutować - oko w oko - z Wielkim Zapomnianym. A pale ze spaloną bawełną są tylko znakiem, ze Eliade miał rację. Axis mundi istnieje. Tutaj. I wszędzie.

Monday, August 20, 2007

Piknik pod Wiszącą Skałą



mirando zejdźmy dziś z góry
na pensji dadzą trochę morfiny
mała edith wyprasuje sukienki
pani appleyard znów nas nazwie

córkami marnotrawnymi załóż pończochy
skończ z podbijaniem izajasza
pomyśl albert będzie w nowym smokingu
włoży palec wskazujący między guziki

na twoich piersiach niewierny tomasz
naprawdę się boję a jeśli piekło
może udawać niebo pamiętasz balladę
o szalonym jacku te potworne jodły

babcia mówiła że szatan
ma iglasty brzuch

16.08.2007r.

Monday, August 6, 2007

Niestosowność



Jak daleko sięgam pamięcią, zawsze chciałem być w niebie.

Cz. Miłosz

jak to w końcu jest ingmarze
z tym niebieskim królestwem
szarlatani miotają zaklęcia
a mi brak już sensu w ustach

fanny i aleksander krzyczą
umarł król niech żyje król
gdybyś kiedyś przejeżdżał
przez cannes uspokój je
od kilku dni gorączkują

mam jeszcze jedną prośbę
nie udawaj niszczyciela
za kilka lat urodzi mi się syn
nie mogę wciąż zmieniać pościeli
tak natrętnie przychodzisz w nocy

czy myślisz że jack nicholson
świeciłby w ciemnościach

4.08.2007r.

Tuesday, July 31, 2007

Pani Arnolfini




nie powinien był mnie uderzać
nie zapytałam go ani razu
co ja tu robię nawet kiedy
wyjął ze mnie pierwsze dziecko

zawsze w niedzielę przed jutrznią
smarował twarz miodem żartował
że zamiast brody ma kopalnię złota
udawał kuglarza a ja kochałam błaznów

całowałam go cicho gdy psa nie było w domu
chciał być prorokiem na miarę heretyków
bóg ptaków z papieru patrzył nam na ręce
i oczy zdejmowane prawie że bezmyślnie

kiedyś dadzą się nabrać na prawdę obrazu
i ten oszust van eyck jednak dopnie swego
nachodziły mnie dreszcze a mąż dalej szeptał
mocniej moja damo niech ramiona pękną

30-31.07.2007r.

Monday, July 30, 2007

Ingmar




Zmarł Ingmar Bergman. W tej chwili w Sztokholmie 14 stopni Celsjusza, wiatr 7 km/h. Opady deszczu: 0,1 mm. Ciśnienie: 995 hPa.

Nie wiem, co powiedzieć.