Wednesday, September 12, 2007

Koń zabijający mężczyznę


Sonet.

Z cyklu: ZWIERCIADŁA

Te kilka minut gniewu to moment zaledwie,
zanim podpalę Troję twojego podniebienia,
czasami bogiem jest Parys, a śmierć to Helena
śpiewająca w kąpieli szmaragdowe requiem.

Lady Makbet zatańczy z przewiązanym gardłem,
słońce spadnie na ziemię, włączą reflektory,
kiedy nas dwóch zobaczą, odrapię cię z kory,
w twoich oczach poczuję strach bycia centaurem.

Dziś jesteśmy, mój drogi, jak jedna rodzina,
włosy drzew jak czarczafy zsyłają nam cienie,
zapomniałeś zapachu rąk swojego syna,

życzę więc paranoi, bo zmniejsza cierpienie,
wróżki cię ukołyszą, a hemoglobina
powoli mi wyjaśni, czym jest ten rumieniec.

12.09.2007r.

Friday, September 7, 2007

Mężczyzna zabijający konia


Sonet.
Z cyklu: ZWIERCIADŁA

Galop go obezwładnił, był jak śpiąca łuna,
modlił się do Jowisza, już nie wierzył w Jahwe,
gdy zostałem dżokejem, cios zmienił się w zachwyt,
a kopyta zerwały strzęp złotego runa.

Jęk zwierząt to psalmodia lub pastisz milczenia,
bywa cieniem syreny skremowanej we śnie,
zmierzch dziś jest zbyt gorliwy, telefon w proteście
wybudza moje córki zimne z przerażenia.

Chcę, by umierał szybko, w grzywie jak w krwawniku,
ja będę małym księciem, tym z Exupery'ego,
zapalniczką podpalę obol na języku,

niebu przyśni się pająk z ciała spalonego,
czyż nie dobijam koni, gotowy do świtu,
w imię Ojca i Syna, i Ducha Świętego.

6.09.2007r.

Tuesday, September 4, 2007

Dziecko karmiące matkę



Sonet.
Z cyklu: ZWIERCIADŁA


Te twoje październiki są coraz krzykliwsze,
podobno byłaś diwą, tak w szkole mówili,
dzisiaj czasami jęczysz, jakbyśmy nie żyli,
ale już umierali wciąż w tonacji wyższej.

Uschłaś jak gobeliny, tylko kolczyk krwawi,
przyniosłem trochę warzyw, bo rośliny krzepią,
jak ci nie wstyd, mamusiu, palce ci się lepią
od śliny twoich oczu, które chyłkiem łzawią.

Mogę krzyknąć tak szybko, nawet nie usłyszysz,
skorpiony w twoich ustach przestraszy mój dyszkant,
a właściwie dlaczego tak nie lubisz ciszy,

jestem obok w krawacie, twój ostatni amant,
mogę cię pocałować w wargi albo w krzyżyk,
wybieraj, proszę, teraz, komedia lub dramat.

4.09.2007r.

Sunday, September 2, 2007

Matka karmiąca dziecko


Sonet.

Z cyklu: ZWIERCIADŁA

Małe Kanaan w wózku pachnie świeżą skórą,
w ogrodzie koszą trawę, krople krwi ziołowej
spływają pod paznokcie, przynoszą odnowę
łaskawym oknom, złym drzwiom, śpiewanym klauzulom.

Wiruje ceramika gryziona przez wilki,
długi nóż do owoców smakuje mężczyzną,
którego przedramiona pokrywają blizny,
rebelie codzienności, życiowe pomyłki.

Pierś trochę grafitowa, jak u Mona Lisy,
bielutkie meteory spływają mi na brzuch,
z pokoju gościnnego słychać telewizor,

przesuwam dłoń niepewnie jak madonna wśród lwów,
syneczku, czy też słyszysz - nawet ptaki szydzą
z mojego bólu głowy i twoich głodnych snów.

28.08.2007-2.09.2007r.

Sunday, August 26, 2007

Axis mundi


Na wałach nad rzeką ktoś z czyjejś koszuli zrobił pochodnię. Gdzieniegdzie poniewierają się butelki i chusteczki higieniczne. Jest ósma wieczór, powoli zachodzi słońce. Zmrok zapada tak jak zwykle - czyli błyskawicznie. Te chmary komarów mogłyby sobie darować choć jedną noc. Żyjemy w czasach, w których nawet zwierzęta są hedonistami. Wróciłem pogryziony, dobrze, ze maść była na swoim miejscu. Czasami myślę, po co włóczę się jak otępiały po tym nadrzeczu. Odpowiedź jest jedna: można podyskutować - oko w oko - z Wielkim Zapomnianym. A pale ze spaloną bawełną są tylko znakiem, ze Eliade miał rację. Axis mundi istnieje. Tutaj. I wszędzie.

Monday, August 20, 2007

Piknik pod Wiszącą Skałą



mirando zejdźmy dziś z góry
na pensji dadzą trochę morfiny
mała edith wyprasuje sukienki
pani appleyard znów nas nazwie

córkami marnotrawnymi załóż pończochy
skończ z podbijaniem izajasza
pomyśl albert będzie w nowym smokingu
włoży palec wskazujący między guziki

na twoich piersiach niewierny tomasz
naprawdę się boję a jeśli piekło
może udawać niebo pamiętasz balladę
o szalonym jacku te potworne jodły

babcia mówiła że szatan
ma iglasty brzuch

16.08.2007r.

Monday, August 6, 2007

Niestosowność



Jak daleko sięgam pamięcią, zawsze chciałem być w niebie.

Cz. Miłosz

jak to w końcu jest ingmarze
z tym niebieskim królestwem
szarlatani miotają zaklęcia
a mi brak już sensu w ustach

fanny i aleksander krzyczą
umarł król niech żyje król
gdybyś kiedyś przejeżdżał
przez cannes uspokój je
od kilku dni gorączkują

mam jeszcze jedną prośbę
nie udawaj niszczyciela
za kilka lat urodzi mi się syn
nie mogę wciąż zmieniać pościeli
tak natrętnie przychodzisz w nocy

czy myślisz że jack nicholson
świeciłby w ciemnościach

4.08.2007r.