Thursday, May 1, 2008

Maestro


kim jestem maestro
i czy to już koniec
jeśli celsjusz na języku
a krew w progu mieszkania

może to przez moją matkę
może anioł lub judasz
to takie kłopotliwe
gdy nikt nie umiera

spójrz maestro na bogów
tych których zdradziłem
z głowami niemowląt
ciałem jednorożców

okaleczeni dreszczem
z oczami bielszymi
od rozkrojonych jabłek
właśnie wymiotują

twoim śmiechem panie

1.05.2008r.

Saturday, April 12, 2008

Meredith


tamtej jesieni na dworcu
znalazłem martwą kobietę

trzydzieści dwa lata
miasteczka jubilerów
aż po sznur splatany
na szyi i palcu serdecznym

nazwałem ją meredith
by była jak drżenie
plam na owocu

chciałem ją zanurzyć
w gorącej porcelanie
wybudować tu szafot
lub gabinet luster

przyjechali po nią
zdarli podkolanówki
rozpalili ogniska respiratorów
czyhając na echo deszczu

do dziś gdy słyszę
krzyk niemowląt
jest przez moment tak

jakby meredith zsuwała
czarną rękawiczkę

12.04.2007r.

Monday, March 24, 2008

Ewangelia wg św. Mateusza


smak etruskich dziewcząt
i chorał wód kolońskich
fresk o końcach świata

oczy ojca (mój boże
niebieskie oczy
jak z pasoliniego)
to planeta na której
mógłbym nie zabijać

w słodkiej jerozolimie
strącono by ją w przepaść
nurkowałaby pod lodem
winnicy bądź też gaju

oczy ojca (mój boże
piwne oczy
jak z pasoliniego)
są ciszą tak głęboką
że krojona gwoździem
trysnęłaby rzęsą

trzecia po południu

biegnę do ogrodu
przywarty do płaszcza
jak brązowy kleszcz

gdyby nie nadmiar soli
na spalonych plecach
mógłbym wyprowadzić

równanie całunu

Wielkanoc, 23-24.03.2008r.

Friday, March 21, 2008

Carte blanche

Wielki Czwartek.

Prus na Krakowskim Przedmieściu zakneblowany taśmą
drogową.

Biało-czerwoną.

***


Zastanawiam się, dlaczego śmierć nie istnieje.

Monday, March 3, 2008

Sarajewo 1994


Sonet.

Z cyklu: RÓWNOLEŻNIK
Stacja jęczy jak szczenię ledwo co zerwane
z gałęzi swojej matki pochylonej w biegu,
wąska smuga psiej sierści, elektryczność w śniegu,
gdzie spływają pociągi czarne jak testament.

Tamci krzyczą "Asperges!", w gardłach więdną kwiaty,
patrzyłem w ich języki zarośnięte bluszczem,
gotowe przyjąć pocisk, modlić się za dusze,
zszedłem aż pod ich skórę, nadszedł czas zapłaty.

Widzisz, co narobili ci panowie w paltach,
najpierw zdarli mgłę z kolan i siedli za stołem,
gdy tłukli mnie po szczękach, na wyrwanych kartkach

szkicowałem śmierć gniewu, ściskany za czoło
jak na obrazach Goi, wtedy przyszłaś z parku:
spójrz tu, proszę, kochanie - krwawię już popiołem.

29.02-2.03.2008r.

Friday, February 22, 2008

Wiedeń 8 km/h*


Sonet.

Z cyklu: RÓWNOLEŻNIK

Oto czas beznadziei, tylko sen łopocze
w prądach rzeki nabrzmiałej jak język Piłata,
zza wzgórza przy katedrze wybiega szarlatan,
z dziwnie czułą tkliwością wypala bzom oczy.

Pod prochowcem limuzyn dojrzewa tatarak,
wraz z nim powoli milkną zimne ciała madonn
w szalach z celuloidu, z chustą jak komnatą,
zasłaniającą twarze skrzydłami Ikara.

Tej nocy w kamienicy zamieszkał na piętrze
pewien chłopiec o oczach włóknistych jak całun,
rano przyszedł szaleniec z nożem w kształcie tęczy,

a on był taki ciepły jak takt madrygału,
ramiona splótł w słonecznik złamany naprędce,
potem na środku łóżka - diament, krew i skały.

23.02.2008r.

* Prędkość wiatru.

Wednesday, February 13, 2008

Saloniki 24 °C


Sonet.

Z cyklu: RÓWNOLEŻNIK

Cień rynku, zawinięty w ornat, sól i sadzę,
zaciska w pięść powieki wydarte z plakatów,
kwitną już orchidee pod niebem z kobaltu,
aktorka rozmazuje krew Wenus na wardze.

W oknie stoi manekin mojej zmarłej matki
i błyszczy tak potwornie plama na tułowiu,
że słychać krzyk z ulicy, a północny powiew
rozrywa portmonetki kobiet na kawałki.

Brakuje mi już czasu, upadam na chodnik,
strzał z tłumu przypomina jęk epileptyka,
nie czuję, by bolało, jakby ktoś rozdrobnił

pocisk w czerwonym winie i wsunął w jelita,
spada zasłona deszczu krągła jak celownik,
grzebią moją twarz w ziemi, miecz ciała dotyka.

13.02.2008r.